Wełniane płaszcze są nieśmiertelne

Podczas tegorocznej zimy do mojej szafy trafiły cztery nowe okrycia wierzchnie, które, choć fajne, trzeba będzie upchnąć gdzieś na sezon letni i myśl o tym – z braku miejsca w szafach – trochę mnie niepokoi. Pierwszy był granatowy płaszczyk Esprit, który okazał się największą porażką sezonu. Bardzo spodobał mi się jego ponadczasowy krój i kolor, skład pozostawiał trochę do życzenia (choć  brałam pod uwagę, że mam w szafie ośmioletni płaszcz z H&M o identycznym składzie i nic się z nim złego nie dzieje), cena była – powiedzmy – do przyjęcia, niestety, okazało się, że okropnie się mechaci. Właściwie po każdym użyciu musiałabym użyć golarki do ubrań, bo wygląda nieestetycznie. Do dzisiaj żałuję, że go kupiłam, na szczęście pojawiły się inne rzeczy, które trochę zniwelowały to wrażenie. 
Drugi płacz, tym razem z wełny, kupiłam w ciucholandzie. Ma piękny, głęboki fioletowy kolor, rozkloszowany dół w stylu retro i wykończenia z futra. Przez to wszystko wymaga szczególnych dodatków i okazji, a taka się nie nadarzyła, więc nie miałam go jeszcze na sobie. Kolejnym okryciem, które trafiło tej zimy do mojej szafy, jest krótkie sztuczne futro otrzymane w prezencie od koleżanki. Pojawi się już w kolejnym wpisie, więc tutaj nie poświęcę mu więcej miejsca.
……
Bohaterem tego odcinka został płaszcz do którego mam osobisty sentyment, ponieważ kupiła go w latach 90-tych moja mama i nosiła przez całe moje dzieciństwo. Pamiętam że trochę jej wtedy zazdrościłam jednolitości ubioru (brązowy płaszcz, brązowe kozaki, brązowa torebka, złote dodatki), podczas gdy ja wesoło hasałam w kolorowych rajstopkach i granatowo-zielono-bordowej kurtce z misiami w kratę na plecach, które to kurtki w owym czasie były dziewczęcą klasyką na zimę. Swoją drogą, rozumiem że moda lat 90-tych była specyficzna, jednak nie wiem, jak moja mama mogła zgarniać tyle komplementów w płaszczu, w którym wyglądała jak w worku. Nawet ja musiałam się  przyzwyczaić do jego rozmiaru, a jestem 10 cm wyższa i ponad 20 kg cięższa od niej :) 
Kiedy lata 90-te minęły, płaszcz trafił do szafy. Mama nosiła go jeszcze czasami, kiedy było bardzo zimno, bo mieściły się pod nim wszystkie najgrubsze swetry, a w tym roku trafił w końcu do mnie.
……
Jak pisałam powyżej – trochę trwało zanim się przyzwyczaiłam do tego kroju i długości. Musiałam poradzić sobie z obfitością materiału, zgrabnym siadaniem w komunikacji miejskiej i schodzeniem ze schodów tak, żeby nie szorować ich krawędzią okrycia. Płaszcz wspaniale wpasował się w moją ubraniową filozofię (to zbyt górnolotne słowo, jednak wiadomo w czym rzecz), żeby posiadać rzeczy jak najlepszej jakości (w tym momencie dość niezręcznie wspominam mój nieudany zakup z pierwszego akapitu). Czuję się w nim bardzo wyjątkowo, bo jest w stu procentach wełniany, a więc ciepły, ma klasyczny krój i po tych dwudziestu kilku latach praktycznie nie widać na nim śladów użytkowania, nie ma żadnych zmechaceń, a na co dzień nie przylepiają się do niego żadne kłaczki, w związku z czym komfort jego użytkowania jest naprawdę wysoki.
……
Do płaszcza staram się nosić równie klasyczne dodatki – wełniane berety i szaliki, proste kolczyki, golfy i fajne buty. Dzisiaj postawiłam na mokasyny, które choć nieocieplane, świetnie sprawdzają się w chłodną pogodę, bo są mocno zabudowane i mają grubą podeszwę izolującą chłód podłoża oraz skórzany plecak zakupiony dwa lata temu w Budapeszcie. Nie myślałam, że tak się do niego przywiążę, a jednak. Jest najwygodniejszym rozwiązaniem na małe i duże wyjścia, mieszcząc wszystko – od kalendarza i jedzenia, aż po średniej wielkości zakupy.

(zdjęcia: Włóczykij)

Dalej

Podziel się z innymi!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *