Porto wieczorową porą ♥

Przyznaję, że bardzo ciężko rozstać mi się z zimą i spokojnie mogłabym wcielić się w nową wersję Grincha: wiosny nie będzie! Przedwczoraj obudziło mnie pierwsze wiosenne słońce, po śniegu nie było już ani śladu i nawet temperatura wydała mi się podejrzanie wysoka. Przez cały dzień byłam obrażona na pogodę, która niespodziewanie postanowiła zamienić zimę w wiosnę i to jeszcze przed 21 marca, no skandal! :) Wczoraj stan pogodowy pozostawał bez zmian, ale ja za to czułam jakąś małą zmianę, nagle słońce zaczęło mnie cieszyć, a nie przeszkadzać. Bezchmurne niebo wydało mi się jakby weselsze, a ja czuję powiew optymizmu i wiem, że to będzie dobra wiosna! 

I jak to ja, zatęskniłam za podróżami, kiedy nie trzeba ze sobą targać zimowej kurtki, za przedłużającymi się spacerami o zachodzie słońca i degustacją lokalnych specjałów. I muszę Wam się przyznać, że zatęskniłam też za Porto! Ostatnio to dosyć popularny kierunek podróży i zawsze przy okazji czyjejś relacji, przypomina mi się nasz babski wyjazd! 



Wizytówka Porto

W sumie w Porto spędziłyśmy kilka dni, każdy pełen wrażeń. Tego dnia miałyśmy naprawdę intensywny plan, więc potem postanowiłyśmy trochę przystopować. Popołudniowy spacer rozpoczął się od dokładnego zapoznania z symbolem miasta – mostem Ponte Luis, łączącym brzegi rzeki DuoroKiedy patrzę na takie architektoniczne perełki, do głowy od razu przychodzą mi pytania z serii: jak to jest zrobione?!




Przechadzając się dolną platformą mostu nie mogłam oderwać wzroku zarówno od masywnych stalowych złączeń, jak i od widoków dookoła!


Najlepszy widok w Porto

Nasze zachwyty trochę się przedłużyły i właściwie biegiem dostałyśmy się na samą górę mostu, aby złapać najlepszy widok miasta. Po drodze minęłyśmy kolejkę linową Teleferico. 


Punkt obserwacyjny wybrałyśmy wręcz idealnie i zdążyłyśmy na zachód słońca.







A kiedy miasto zasnęło mogłyśmy spokojnie udać się na odpoczynek.
Oczywiście nie do hotelu!


Dlaczego kelner w Porto zawsze ma rację?

Krążyłyśmy od jednej knajpki do drugiej, po drodze zupełnie przypadkiem znalazłyśmy street-artową rzębę królika stworzonego ze wszystkich możliwych rupieci. Aż w końcu podjęłyśmy najważniejszą kulinarną decyzję tego wieczoru i rozpoczęłyśmy degustację naszej rybnej kolacji. 


Nie wyobrażamy sobie w Porto kolacji bez wina, ale kelner uparł się, że to które wybrałyśmy jest za mocne do naszego dania i usilnie rekomendował nam inne opcje. My swoje, kelner swoje, ale ostatecznie poszliśmy na kompromis i wybór padł na coś pośredniego. 



Kolacja była przepyszna i długo nie mogłyśmy odejść od stołu, wciąż przeżywając nasze portugalskie przygody. Mały problem pojawił się, kiedy faktycznie trzeba było od tego stołu odejść, powrót do naszego lokum okazał się bardzo wesoły, trochę poplątały nam się nogi, trochę mapy i ciągle trafiałyśmy na jakieś schody, aby ostatecznie dotrzeć do naszego domu bardzo okrężną drogą i rozpocząć zasłużony odpoczynek. Porto po zmroku jest cudownie spokojne i przepiękne, ale musicie mi wierzyć na słowo, bo wszystkie nasze zdjęcia po kolacji wyszły rozmazane :)

Dalej

Podziel się z innymi!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *