Dżins – oswajania część druga

Zobacz blog

Nijaka pogoda nie nastraja mnie w żaden sposób do kombinowania z ubraniami.


Zwyczajnie – nie chce mi się zastanawiać, czy jeśli rano zaryzykuję i założę sukienkę, to w drodze do pracy zmarznę, a wracając z niej utytłam ją w błocie (bo w międzyczasie rozpada się, a na chodnikach i ulicach potworzą się kałuże), czy może będę miała szczęście i uda mi się takich „atrakcji” uniknąć.



Odpuściłam.

Zwiewne koszule, długie sukienki i eleganckie spodnie czekają na lepszą aurę ;)

Ostatni tydzień czerwca w kwestii ubraniowej minął mi na odgrzebywaniu z szafy rzeczy wygodnych i stosunkowo ciepłych.
Zbyt ciepłych, jak na czerwiec, ale co począć…


Przy tej też okazji naszykowałam i spakowałam już ubrania, które zamierzam zabrać na urlop (nie lubię pakować się dzień przed wyjazdem, bo zawsze o czymś zapominam – teraz raczej nie będę biegać w cienkich kombinezonach i słomkowym kapeluszu, więc nic im się nie stanie, jeśli przez dwa tygodnie poleżą sobie w torbie).
I zrobiłam listę tych, których mi brakuje (nie wyszło tego dużo – właściwie, to moja szafa pęka w szwach i wszystko co w niej mam zabezpiecza mnie nawet nie na tydzień wakacji nad morzem, ale i na dwa nad nim miesiące ;> jednak wiecie, jak to jest – zawsze chciałoby się więcej ;P).


Pamiętacie tego posta?
Pisałam w nim o tym, że jakiś już czas temu postanowiłam spróbować przekonać się do dżinsu.

Nie to, żebym się przekonała – co to, to nie.
Nadal o wiele lepiej czuję się w spodniach, które z dżinsem nie mają nic wspólnego.

Ale że uwieczniona na tamtych zdjęciach próba jakoś się udała, to doszłam do wniosku, że szkoda kisić w szafie inne dżinsowe portki, które jakimś cudem do niej trafiły.


Dżinsy z dzisiejszego posta są ze mną od grudnia – gwiazdkowy prezent od mamy.
Kiedy je dostałam, to nawet się z nich cieszyłam – ciemnych dżinsów zawsze mi brakowało.

Jednak po przymierzeniu doszłam do wniosku, że chyba nie – może kiedyś.
Mają niższy stan – ja się we wszystkich biodrówkach czuję źle.
No dobra, te może nie są typowymi biodrówkami, ten stan jest teoretycznie nieco od biodrówkowego wyższy, ale i tak jak dla mnie – za niski ;P

W dodatku w grudniu było mnie o jakieś dwa kilogramy więcej, nie podobałam się w nich sobie.
I tyle.


Teraz, przy okazji wyżej wspomnianego dokopywania się do ciuchów odpowiednich na tę kapryśną czerwca końcówkę, z ciekawości wsunęłam je na tyłek – okazało się, że jest trochę lepiej.
No, to trzeba korzystać z okazji – póki znowu nie przytyję ;)

Muszę w nich skrócić nogawki – nie były noszone, to i się za to nie zabierałam (na zdjęciach widać, jak sobie z nimi radzę – podwijam).
Choć… najlepiej prezentują się ze sztybletami, a że w sztyblety tę lekko przydługą nogawkę można upchnąć i wcale się w oczy nie rzuca, to może zostawię je takimi, jakie są.


Swoją drogą – dżinsy są z KappAhl’a.
Moja mama lubi ten sklep, ma tam jakąś kartę stałego klienta i sporo ubrań w nim wynajduje.

Mnie się tam czasem coś podoba, ale co z tego?
Wszystko mają zawsze taaaaakie wielkie – nawet, jeśli opatrzone metką z oznaczeniem małego rozmiaru.
Nie wiem, jak mamie udało się trafić z tymi spodniami w rozmiar – pojęcia nie mam.

Odkopałam też na jednej z szafowych półek bluzę i koszulę – docelowo kupione do noszenia razem.
Też pod koniec roku.
W Moodo, bodajże za jakiś bon podarunkowy – istniał wtedy jeszcze FashionWall, ten bon to była nagroda w jednym z ich konkursów.

Bluza miała być krokiem w kierunku tego, żeby trochę odmłodzić mój wizerunek – wtedy miałam jeszcze nieco wyrzutów sumienia, że wszystkie blogerki/dziewczyny na ulicach stawiają na dziewczęcość i młodość, a ja poginam w meloniku i wielkich swetrach.

Parę miesięcy później przyszła moda na boho, swetrzyska i kapelusze wkroczyły na „salony”, przestały być uważane za coś postarzającego i dziwnego i przestałam jakoś od reszty babskiego rodu odstawać.

Wyrzuty sumienia uleciały ;)

Ale z noszenia bluzy zrezygnować nie zamierzałam ;)
Tyle, że kupiłam kilka nowych ciuchów, coś innego mnie inspirować zaczęło… zwyczajnie o niej zapomniałam ;)

Jest krótka – taki „zacycnik”.
Stąd też pomysł, na połączenie jej z koszula.
Ja to wiecie – stara już jestem, nerki chronić muszę.
Co innego krótki, choć zacycnikowy to dopasowany top, a co innego bluza, która przy siadaniu podwija się do łopatek.
Wyższa konieczność ;)
Z koszulą też się podwija, bo i ona nie jest porywająco długa (taki model, wzięłam rozmiar większą, a i tak jest krótka – Moodo to chyba ma takie kroje przykrótkie w tej linii miejskiej, nie?).
Ale czegoś mi brakowało, kiedy próbowałam się przemóc i nawet olać to, że w samej bluzie nieco chłodno – ja chyba jestem po prostu uzależniona od tych dyndających pod bluzami, swetrami i innymi tego typu ciuchami koszul ;)

Nic nie poradzę – mam do takiego ich noszenia słabość ;)

A – nie, nie jestem jakoś wyjątkowo zakochana w Nowym Jorku ;)
Napis jak napis – bardziej od niego podobały mi się te „kropki” na materiale ;)


Melonik – H&M
Bluza – MOODO
Koszula – MOODO
Dżinsy – KappAhl
Torba – MOMO FASHION
Trampki – H&M


Trzymajcie się – miłego tygodnia Wam życzę!

Mnie ten właśnie zaczynający się cieszy – koniec miesiąca to wypłata, wypłata to sporo ilość gotówki na ciuchy, a z kolei wizja nowych ciuchów w szafie to coś, co humor kobiecie poprawia :>

Pozdrawiam,
Wasza Mar!

Dalej

Podziel się z innymi!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *