Czerń z bielą

Zobacz blog

Nie lubię zapachu koziego mleka. Nie lubię wcześnie wstawać. Nie lubię też tańczyć.


Ale najbardziej w świecie nie lubię, kiedy ktoś lub coś przeszkadza mi w realizowaniu planów i zamierzeń.


Nawet tych drobnych.


Łatwo więc będzie Wam sobie wyobrazić to, jak ogromna była moja irytacja, kiedy w czasie robienia przez nas zdjęć do tego posta rozpętała się burza.


A cały tydzień czekałam na to, żeby móc je wreszcie zrobić!



Nic nie zapowiadało, że będzie tak źle – owszem, słonko się skryło za chmury (ale to mnie cieszyło – zdjęcia robione w pełnym słońcu rzadko kiedy wychodzą fajne), trochę wiało i coś tam nawet siąpiło z nieba.
Ale że burza? Że wodospady na chodnikach?
Tego się nikt nie spodziewał…

No, hiszpańskiej inkwizycji też się nikt zwykle nie spodziewa ;)


Musicie mi więc wybaczyć powtarzalność póz – w „normalnych” warunkach stanowiłyby zaledwie jedną serię i zapewne wybrałabym z niej dwa, góra trzy zdjęcia ;)
Ale jak się nie ma, co się lubi…


Ten zestaw jest ukłonem w stronę tych z Was, które swego czasu bardzo protestowały, gdy donosiłam, że zamierzam dać odpocząć mojej kamizelce.
O, sporo było wtedy głosów opowiadających się za tym, by jej nie odwieszać do szafy i nie skazywać na zapomnienie!


Ile wytrzymałam? Miesiąc, dwa? Półtora chyba, jak dobrze liczę ;)

Wcale nie stało się tak, że nagle za nią przeraźliwie zatęskniłam.
Nie, nie.

To było inaczej!


Proza życia – w SinSay’u wypatrzyłam buty, w których zakochałam się od pierwszego wejrzenia.
Półbuty (mające chyba udawać eleganckie) stylizowane na creepersy.

W ostatnim poście opisywałam Wam historię mojej miłości do ciężkich sandałów.
Z tego typu butami było bardzo podobnie – ot, dziewczyny lubiące boho jakoś wyjątkowo upodobały sobie każdy obuwia rodzaj, który lekko przyciężkim jest w kroju.

Coś w deseń tych półbutów – także.

A że mnie to boho łechcze ciągle i łechcze, to nie dziwota, że trendem tym i ja się zaraziłam ;)
Trudno nie polubić czegoś, co pojawia się na kilkudziesięciu zdjęciach zapisanych przez Ciebie w folderze z inspiracjami ;)

Z początku wcale nie chciałam kupować tych butów – kiedy zobaczyłam je pierwszy raz, to kosztowały zdecydowanie więcej, niż były warte.
Ale los mi sprzyjał – kilka dni po wypatrzeniu ich przeze mnie SinSay zorganizował coś w stylu weekendu obniżek: cały asortyment sprzedawano o połowę taniej.

Obniżkowa cena wydała mi się w miarę sensowną – buty kupiłam ;)

 Jak już je przyniosłam do domu, to uświadomiłam sobie, że wszystko spoko: teoretycznie do wielu ciuchów mi pasują, ale z czym – u licha – nosić je tak, aby nie zgubić ich „eleganckiego” charakteru?

I wtedy przypomniałam sobie o kamizelce ;)
A że tuż obok kamizelki (uwierzcie – naprawdę przez przypadek!) w szafie zawiesiłam kupioną całkiem niedawno koszulę w białe i czarne pasko-zygzaki, to w pięć minut znalazłam dla moich butów towarzystwo ;)

Swoją drogą – kupując tę koszulę miałam wiele wątpliwości.
I wcale nie chodzi o print (choć wiecie już, że za printami to ja nie przepadam).
On mnie do tej koszuli przyciągał najbardziej.
O biel chodzi. Boję się połączeń bieli z czernią. Biel jest dla mnie zabójcza, podkreśla bladość mojej cery i wszystkie jej niedostatki.

Ale raz, że (tak sumarycznie) dość jej tu mało, a dwa, że „zygzaki” zdawały się jakoś ją na mnie ratować.


No i chyba uratowały – dziś noszę tę koszulę zarówno do tych spodni (taaak, to ciągle te same luzaki z H&M’u ;)), jak i do tregginsów. Jeśli kiedyś będę musiała odstrzelić się bardziej elegancko (wiecie – tak typowo elegancko, żeby nikt nie miał wątpliwości, że to elegancja jest ;P), to jeszcze sprawdzę jak wypada z moją czarną mini.
Zatem – kolejny krok w „modowym” rozwoju zaliczony.

Tak się rozochociłam, że gotowa jestem na większe z bielą eksperymenty ;)


Fedora – H&M
Okulary – no name
Koszula – H&M
Kamizelka – Top Shop (Cukier Puder Vintage Store)
Spodnie – H&M
Worek – no name (Allegro)
Buty – SinSay


Jeśli ktoś pragnie zapytać, dlaczego nie ma tu u mnie jeszcze żadnych letnich, zwiewnych zestawów, to spieszę z odpowiedzią – nie wiem, jak tam u Was, ale u mnie upałów już się nie odnotowuje.
Chłodno jest, wietrznie (tak – mnie jest zimno… proszę się nie śmiać!)
Ja przy piętnastu stopniach w sukienki nie wskakuję.
Zamarzłabym chyba.
Był taki czas (w okolicach zdawania przeze mnie egzaminów), że już pomykałam w mojej czarnej maksi i sandałach.
Marowa dola – gdy egzaminy dobiegły końca i okoliczności pozwoliły na uwiecznienie mnie w tych letnich ciuchach, to aura musiała się zepsuć ;)


Ale lato przed nami!
Dopiero się zaczęło!

Nic straconego ;)

Miłej niedzieli dla Was!

Ściskam bardzo!

P.S. Już nawet nie miesiąc dzieli mnie od urlopu nad morzem ^^ Juuupi!

Dalej

Podziel się z innymi!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *